Błażejko (ProxyDark)
#IT, #games, #Nerd, #introvert and not a common person because of World of Warcraft player #wow
język: #PL
@blazejwiecha:matrix.org
proxydark@xmpp.earth
Zbierałem skrzydła, jedno po drugim, zanim zdążyły odlecieć przez uchylone okno — każde małe, kruche, warte ochrony przed światem, który czeka tylko na moment nieuwagi.
W drugiej klatce obok nich czaiło się coś cichszego, cierpliwszego — nici utkane z lęku, że to, co delikatne, umknie razem z tym, co trzeba było spętać.
Poszedłem do domu z przeszłości, tam gdzie przestrzeń pachniała dostatkiem, niosąc w rękach szklane odłamki, prosząc o pomoc w zbudowaniu schronienia dla czegoś, co przywarło do mnie bliżej niż powinno.
A kiedy to coś zdradziło mnie w najmniej odpowiednim momencie, zostawiając ślad, którego nie dało się ukryć — świat wokół mnie tylko się uśmiechnął, spokojnie, bez osądu, jakby wiedział coś, czego ja jeszcze nie rozumiałem: że to, czego się wstydzimy najbardziej, rzadko robi na innych aż takie wrażenie, jak nam się wydaje.
Wróciłem tam, gdzie zaczęło się wszystko — do miejsca mojej mamy — ale zastałem tam warsztat, gdzie naprawiają to, co połamane. Przyniosłem coś, co miało mnie łączyć ze światem dźwięków, ale rozpadło się, zanim zdążyłem to komuś pokazać. Połowa spadła na ziemię. A mimo to ktoś to zebrał, jakby widział w tych okruchach coś, czego ja już nie widziałem.
Niedaleko trwała inna historia — ludzie zamieniali się w kamienie, drzewa, skały, całe srebrne, nieruchome jak posągi. Dołączyłem, pomalowałem się tak samo, żeby stać się częścią tego krajobrazu.
Powiedziałem komuś, że będę czekał pod przystankiem — i przyjechał autobus pełen twarzy, których nigdy wcześniej nie widziałem, w świecie zupełnie innym niż mój codzienny.
A później, w innym śnie, w innym czasie, trzymałem w rękach coś, co mogło zmienić wszystko — program, który miał uczynić życie lepszym, zamknięty w małym, srebrnym urządzeniu na moich kolanach.
No i #poniedziałek czyli nowy tydzień się rozpoczął . Dobrego Wszystkim i aby szybko zleciał !!!
Zadzwoniłem, żeby zapytać o zwykłe porządki, a odebrał mi cały tłum z przeszłości, śmiejący się, jakby czas nigdy się nie zatrzymał między nami.
Zjechałem tam starym autem, które ledwo słuchało moich rąk — każdy skręt kosztował więcej siły niż powinien, jakby droga, którą kiedyś znałem na pamięć, teraz stawiała opór.
Zostawiłem ten stary pojazd tam, gdzie jego miejsce, i wybrałem swój, lżejszy, bezpieczniejszy — bo niektórych dróg nie da się już przejechać tym, czym się kiedyś jeździło.
W środku, między pustymi pudełkami po nośnikach, które dawno przestały cokolwiek przechowywać, znalazła się jeszcze jedna rzecz — poducha, która zdawała się przyciągać ludzi bliżej siebie, jakby wciąż pamiętała czyjeś ciepło. Powiedziano mi, żeby się jej pozbyć.
Czasem trzeba oddać rzeczy, które nie są już nasze, żeby droga naprzód znów była lekka.
Przyszedłem do cudzego domu z narzędziem, które nie zna litości dla bałaganu — wciągało wszystko, co leżało nie na swoim miejscu, aż do ostatniego ziarenka kurzu, ukrytego między nitkami dywanu.
Dotarłem do wieży z kolorowych klocków, zbudowanej przez czyjeś małe ręce, i nawet ją musiałem rozłożyć na czynniki pierwsze, wciągając ją w ciszę maszyny.
A obok, między jednym ruchem a drugim, czułem coś, co nie miało nazwy — iskrę, która pojawiała się i znikała, nigdy nie prosząc o więcej niż samą swoją obecność.
Sprzątałem cudzy świat, zostawiając własny nietknięty, z tym samym napięciem wciąż czekającym gdzieś w kącie, którego nawet najlepszy odkurzacz nie potrafił wciągnąć.